Wywiad bez cenzury

Rozmowy z Totoszem Niekojawą prowadzi Bartosz Kowa, na podstawie pytań czytelników. Masz pytanie, zadaj je!

Dzień pierwszy

Mamy wrzesień roku 2007. Miasto – Gdynia. Na wzniesieniu Kamiennej Góry, działkę – zaraz nad samym urwiskiem do nadmorskiego bulwaru. Na niej powojenny dom jednorodzinny. Od furtki ścieżka z płyt czerwonego kamienia łupanego ułożonego pod kroki do samych drzwi głównych. Reszta działki to połacie trawy. Dawno, dawno niekoszonej trawy. Właściciel najwyraźniej do ogrodu głowy nie ma.

Jest punktualnie dwudziesta pierwsza. Stawiłem się jak było umówione.

Listę pytań i dyktafon chowam pod pazuchą, bo choć dzień był słoneczny, z nieba nagle walnął deszcz i rozhuczało się od piorunów tak, że końca nie widać. Na horyzoncie Zatoki Gdańskiej, co rusz nowe korzenie światła. W okolicy mrok, nie na tyle żarty jednak by niweczyć ambicje tęczy, która zupełnie klarowną gamą kolorów przewala się nad redą. Zupełnie niezgorsze tło dla wyczuwalnej już rozmowy z wyjątkowym gościem, jestem podniecony.

Z domowego studia Totosza Niekojawy, gdzie już gotuję się do wywiadu wpasowując się w gościnne kapcie z filcu, zjawiska pogodowe mogę jeszcze obserwować. Ściany i podwójne, panoramiczne szyby tamują skutecznie hałas i wilgoć zewnętrznej okolicy. Zerkam przez okno północno-wschodnie, największe i myślę sobie, gdybym zbudził się w tym domu miast do niego przychodzić i spojrzał jak teraz przez to okno, pomyliłbym widok z obrazem filmu przyrodniczego w High Definition. Takie miejsce, taka pogoda i z tego, że co widać nie słychać. Obraz jak z niedzielnego filmu z wyłączoną fonią.

Jedyne, co syciło eter, to muzyka ilustracyjna z głośników studia. Melodia minimalistyczna i spokojna, bodaj na rogu angielskim. Na tym głos Niekojawy, który już nie bez mojej uwagi nagrywa czołówkę do nowej serii opowieści improwizowanych. Słyszę:

Kochani!
Panie, Panowie, Dzieci, Baby i Dziadowie,
siądźcie proszę gdzie blisko i wygodnie,
a ja dla Was, uśmiechnę ten Świat.
Co by każdy z Was był już tylko rad,
że może z Nami go budować!

Totosz siedzi na wysokim stołku pośród instrumentów muzycznych i małej konsolety gdzie manipuluje przy suwakach. W tym momencie pozwalam sobie mu przerwać, gdyż widzę: wyraźnie nie jest zadowolony z tego co nagrał. Ścieżka podkładu startuje po raz kolejny. Ja, wkraczam:

– Panie Totosz, pozwoli pan? Porozmawiamy teraz? Póki jest pan – myślę jak to grzecznie ująć – w twórczym obłędzie?

Spogląda faktycznie błędnym wzrokiem. Uśmiecham się do niego szczerze i jak tylko potrafię wyraźnie. Niekojawa akomoduje spojrzenie, zupełnie jakby zmieniał wymiar przebywania. Otwiera usta niczym do zamyślonego “acha”, kończy jednak na samym skinieniu głowy.

– Ta sytuacja – mówię ostrożnie – zapewni naszym czytelnikom rzadszych emocji, możemy?

– Tak, oczywiście. Ponad wątpliwość, po to się umówiliśmy, nieprawdaż?

Używa już innego głosu niż przy nagrywaniu sentencji czołówki. Mniej naładowanego emocją, cichego. Właściwie takiego, który wybrzmiałby niezauważony pośród kilku rozmówców. Zaczynam:

– Imię, panie Totosz. Nie spotkałem się z takim wcześniej i wątpię by ktokolwiek. Proszę powiedzieć skąd się wzięło.

On kręci się na stołku i  skubie nieuporządkowaną brodę, zasłaniając nieskutecznie, skrzywioną minę. Wreszcie podejmuje:

– “Totosz” i dalej, “Niekojawa” to pseudonim. Pan wybaczy: na inne pytania odpowiem szczerze i dogłębnie, o tej skorupie nie chcę mówić dziś więcej niż to, że jest.

– Ukrywa przed kimś? Maskuje zwyczajność? – próbuje go sprowokować. – Proszę choć słówko. Może coś znaczy?

Niekojawa uderza gwałtownie w klawisze stojących przed nim organów Hammonda. Dobywa z nich ostre, wyraźnie ostatnie, nuty jakiegoś utworu. Łapię iluzję. On jednak dodaje:

– Panie Bartoszu. Nazwisko, imię – przeważnie coś znaczy. Szczególnie jeśli ktoś nadaje je sobie sam, jako dorosły już człowiek. Zwykle robi to na potrzeby gazet kolorowych, dla polityki, show-biznesu, by jakoś tam oryginalnie widnieć. Takie nazwisko promuje się dziś, by łatwiej sprzedawać wszystko, cokolwiek jego nosiciel zrobi lub nawet nie zrobi, a tylko złoży swój podpis pod jakimś mającym się sprzedać tworem. Ja tymczasem nie jestem z show-biznesu, nie jestem autorytetem, nie jestem pozerem, ekscentrykiem też raczej nie szczególnie i będę stronił od tych dziedzin. Nie jestem też ścigany przez jakiekolwiek organa i również nie zamierzam być. Nie uważam się jednak za zwykłego zjadacza chleba. Jestem twórcą jak spora część ludzkości, ale jestem miłośnikiem wolności jak to już tylko nieliczni, wbrew pozorom, ponad wątpliwość. Niech to panu wystarczy.

– Ponad wątpliwość powiada pan – pytam przedrzeźniając w próbie podtrzymania tematu prywatnej osoby.

– Ponad moją wątpliwość. Nie mieliśmy przypadkiem rozmawiać o tym dlaczego warto „gawędzić zamiast ględzić”? Jak tam było dalej… To mnie ujęło… „tworzyć zamiast trwożyć się tym, co stworzył kto inny?” Wie pan, stąd pana właśnie zaprosiłem do siebie. Jak to szło w tym liście, może pan przytoczyć? To był piękny temat i bardziej na moją kompetencje niż te sprawy socjo-osobisto-psychologiczne.

Niekojawa wstając wskazuje białe, skórzane meble. Ja też się podnoszę idziemy się rozsiąść do rozmowy, już zacieram ręce. Ustawiam dyktafon na grubym szkle blatu niskiego kubistycznego stołu o nogach z surowego metalu i zapadam się w boczną cześć sofy na przeciw mojego rozmówcy. Niekojawa z nogą na nodze, czeka już przyglądając się temu co robię. Kontynuuję.

– Pan prowokuje inne pytania! Jakże się nie zapytać dlaczego użył pan tak zbitego ciągu słów, czy źle pan myśli o osobistej popularności?

– Pardon. Zostawmy to. Bądź, co bądź, miało to być merytoryczne spotkanie, tak? No, takie było moje przekonanie po lekturze listu od pana. Źle go zrozumiałem?

– Mam nadzieję, że nie. Co by nie było cieszę się, że napisałem coś, co pana poruszyło. Właściwie to miało się odnosić bezpośrednio do pana i być opisem tego reportażu, szło to mniej więcej tak: „Rozmowa z człowiekiem, który bardziej gawędzi niż ględzi, bardziej śpiewa o wszystkim niż opiewa to, co wszyscy. Bardziej tworzy nowe niż trwoży się tym, co już jest”.

– Tak! To wspaniałe!

Niekojawa aż klasnął w dłonie, po czym dodał zupełnie już stonowanie.

– Oczywiście nie to wspaniałe, że słowa o mnie. Wspaniała jest rozmowa jaka mi się jawi kiedy pan znowu przede mną rozłożył ten temat. Może pan się czegoś napije – zapytał wstając i celując we mnie długim palcem.

Czułem wcześniej, że to nie będzie wywiad typu pytanie-odpowiedź, nie pomyliłem się. Odpowiedziałem mu, że nie piję, a już absolutnie nie gdy jestem w pracy. On mi na to oznajmił, że właśnie nastał koniec wywiadu. Słyszałem o porywczości Niekojawy, ale coś takiego mnie zamurowało. Nie zdążyłem się odezwać, on stojąc przy barku ponowił zapytanie:

– Teraz może się pan napije? Mam wspaniały Bourbon. Dam z lodem.

Nie wiedziałem czy trwać przy odmowie. Na tyle jeszcze nie rozgryzłem człowieka żeby trafić w zadowalającą go odpowiedź. Najwyraźniej chciał porozmawiać. Postanowiłem.

– Nie, naprawdę dziękuję.

Niekojawa wrócił na fotel i jakby nigdy nic, przykładając oszronioną szklaneczkę złotego eliksiru do czoła, wyjaśnił:

w_pracy_m

Używki nie dają natchnienia, niszczą tylko jego żywotność.

– Ja też nie często pijam. Używki, wie pan, to nic budującego. Ale natchnienie ma brzydki zwyczaj pryskać nim człowiek zarejestruje jakieś owoce tej ulotnej energii. Wtedy, ja na przykład, siadam przy talerzu rzodkiewek, dzióbię je zachrupując laską cynamonu do czego popijam dobry Burbon. Wiesz pan. Artyści zwykle piją alkohol, czy chłoną inne używki bodaj nie by obudzić jakiś czar niezwykłości, ale żeby złapać ten już pędzący w sidła otumanienia, spowolnienia i wtedy spokojnie zanotować go lub odtworzyć we własnym języku. Używki nie dają natchnienia, a niszczą jego żywotność.

– Czy to znaczy, że właśnie naszło pana natchnienie.

Spojrzał na mnie z pod oka ale ze szczerym uśmiechem.

– Tak. Właśnie naszło. Siedzi przede mną i odmawia mi wspólnego drinka.

Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć.

– Ten pana wywiad – on zaczął –  gdzie będzie publikowany?

– Na pana blogu obok notatek, które zadeklarował pan ujawniać w Internecie.

– Ach tak, mam być bardziej otwarty. Dobrze – skwitował, stale wyłącznie przesuwając szklaneczkę ze złotym eliksirem po czole. – To zaczynajmy.

Poczułem jak od tej zagubionej na chwilę pewności siebie krew zaczęła mi pulsować w bezczynnie leżących na oparciu fotela dłoniach. Dyktafon po uruchomieniu nie potrzebował mojej obsługi. Nie miałam co zrobić z rękoma. Pomyślałem że najlepszym rozwiązaniem będzie jak jednak poproszę o zimny eliksir dla mojej dłoni. I to był strzał w dziesiątkę, atmosfera z wielu powodów się rozluźniła. Mój wywiad z Totoszem Niekojawą rozpoczął się na dobre.

Rozdziały: | 1 | 2 | 3 | Następny |


stat4u